Wielkanoc w Oslo

Pusto, wszyscy wyjechali. W kolejce na Frognerseter sami Chińczycy. Albo Duńczycy. Na trasach narciarskich niedobitki w postaci tajlandzkich narzeczonych, które dopiero uczą się jeździć na nartach i jeszcze nie mogą zostać zaprezentowane na zjeździe rodzinnym. Trenują na przyszły rok. Prawdziwy Norweg spędza Wielkanoc “på hytta”. I kropka.

No chyba, że w Wenecji, jak mój sąsiad. Właśnie bierze tam ślub z kolejną żoną. Świetnie, bo zabrali dzieci, więc szczeniaki nie wrzeszczą nam nad głową od rana. ” Destinasjonsbryllup” coraz bardziej popularna rzecz. Pakujecie walizki, dzieciaki, goście dojadą na własny koszt, ślub w ambasadzie albo “sjømannskirke”, obiad w najlepszej restauracji, całość ładnie się zamyka. Oczywiście, można i do Rzymu, jak mój inny sąsiad. Tłumy na placu św. Piotra, egzotyka. Będzie co opowiadać przez tydzień. Grecja odpada, to bankrut. Ma myć tanio, ale sprawdzone miejsca.

Barcelona, Kraków, Tajlandia. To na własną rękę. Wycieczki tematyczne też mogą być, Wietnam na przykład. Generalnie, wyjeżdżamy. Dawniej obowiązkowo hytta i biegówki, teraz są też alternatywne wersje.Nie zostajemy w mieście! Kto zostaje, ten obcy kulturowo. Przy ładnej pogodzie ten meeting obcych kuturowo jest nawet przyjemny, ale trzeba się wybrać na Holmenkollen. Spacer wzdłuż Akerselva został ostatnio zaanektowany przez Nowych Norwegów Miejskich. Od obcych odróżnia ich to, że nie ruszają się bez papierowego kubka z kawą i wózka.

Ślub w przyszłym tygodniu, we Florencji.